O tym, jak w Makowie Podhalańskim podbijali do dziewczyn po cichu
Byłem kiedyś ze szkoły w Makowie Podhalańskim. Kurwa, bez kitu, słowo honoru. Pierwsze moje kolonie ze szkoły były w Makowie. Poczekajcie. Ej, śmierdzi, śmierdzi. Poczekajcie. Pierwsze moje kolonie w życiu były w Makowie Podhalańskim. Jakkolwiek to kurwa brzmi, naprawdę to był Maków...
Spierdalajcie, idę pograć w gierki. I to pierwszy raz na dyskotece z dziewczyną pisałem. To była taka Anita, to nie zapomnę jej. Anita. I przy tej piosence tak...
Na koloniach jadą czipki co rynie... Takie świeżutkie, człowieku, koleżanek. Wie pan, nad nami dziewczyny były. Naprawdę, mieliśmy kolonie w górach, w Makowie Podhalańskim. My mieliśmy na parterze piętro, a dziewczyny miały na pierwszym. I tam spał... tam spał nasz, kurwa, trener. On se spał, kurwa, normalnie przy biurku, człowieku, przy schodach, a my żeśmy po cichaczu do tych koleżanek tam wbijali.
Ale zaczęło się od tego, że siedzimy se w oknie, jaramy se... i wychyla się taka koleżanka fajniejsza ze starszej klasy, no nie? I... eee, chłopaki! My już łyżkę zsunęłyśmy! A my po głębszym zakonu, taka: już idziemy! No i od razu tam człowiek był atakowany, kurwa. Mnie dwa razy nie trzeba było pytać. Nie dwa razy koleżanki nie musiały pytać o takie rzeczy. One wiedziały doskonale, że ja to tam pierwszy się, kurwa, ten. Na, naprawdę było tak fajnie.